środa, 2 marca 2016

Szósty.

Miri nie żyje. Od wczoraj moje myśli skierowane były tylko w tym jednym kierunku. Rano miałam problem ze zmuszeniem się do wstania z łóżka. Była sobota, ale dla mnie dni nie różniły się bardzo od siebie. Gdyby nie kalendarz w telefonie straciłabym zupełnie rachubę czasu. Za oknem nie świeciło słońce, jakby pogoda dostosowała się do mojego stanu ducha. Czaiły się tam ciemne chmury, które były zwiastunami deszczu. Leniwie przeciągnęłam się ziewając cicho. Co chwila słyszałam dziwny odgłos, który dobiegał z zewnątrz i nie potrafiłam stwierdzić kto lub co go wydawało. Ciekawość sprawiła, że pierwsze kroki jakie zrobiłam zaprowadziły mnie w kierunku okna. Stanęłam za białą zasłoną starając się nie pozostać dostrzeżoną. W ogrodzie zobaczyłam Petera, który rąbał drewno. To ten dźwięk oraz odgłos świadczący o wysiłku fizycznym jaki wykonywał słyszałam. Był już październik, a on stał tam bez koszulki, forsując swoje ciało, które napinało się podczas każdego ruchu. Grymas na jego twarzy świadczył o skupieniu, ale i złości, z którą pewnie chciał sobie w ten sposób poradzić. Jego widok przyprawił mnie o dreszcze.
Wzięłam szybki prysznic, od wczoraj niewiele jadłam i lekko kręciło mi się w głowie. Dotknęłam swojego brzucha, był to koniec trzeciego miesiąca ciąży i czułam, że nierozsądnie postępowałam nie dbając o siebie, zwłaszcza ze względu na dziecko. Dziś miałam kolejny termin wizyty u lekarza prowadzącego. Uśmiechnęłam się nieznacznie spoglądając na płaski brzuch, który już niebawem miał się zaokrąglić. Na tym etapie nie oszukiwałam samej siebie i starałam pogodzić się z faktem, że nie mam szans na odzyskanie pamięci. Mimo to nadal rano budziłam się z nadzieją, że jakimś niewytłumaczalnym cudem, w czasie snu odzyskam utracone dwa lata. W Internecie przeczytałam masę artykułów o ludziach, którzy odzyskali w jakiś sposób utraconą pamięć. Działo się to w różny sposób i nie było przepisu na jej odzyskanie.
Kiedy zeszłam do kuchni czekały tam na mnie tosty z dżemem i sok, które posłusznie zjadłam. Peter nadal rąbał drewno. Chciałam odwdzięczyć mu się za opiekę jaką mnie otoczył, choć dla żadnego z nas ostatni miesiąc nie był łatwy. Wczorajszy dzień był jednym z gorszych, nawet jeśli Miranda nie żyła od dwóch lat, to jednak dla mnie blizna była nowa. Moje ostatnie wspomnienie związane z moją siostrą to wspólne śniadanie, zanim tata odwiózł ją na lotnisko. Nie pojechałam z nimi, jak zwykle, ponieważ tego dnia miałam ważne spotkanie w firmie. Trafił mi się duży projekt i myślałam tylko o tym. Miri pożegnała się ze mną jak zawsze słowami ,,do zobaczenia”. Nikt przecież nie miał pojęcia kiedy znów odwiedzi Hamburg, jak miało to miejsce wiele razy przedtem. Jak się okazało ten raz był ostatni i to wspomnienie tkwiło teraz w moim umyśle, który zmęczony odtwarzał wyraz jej twarzy, raz po raz.
Mimo to zmusiłam się do wzięcia w garść, nawet jeśli popłakałam chwilę, to otarłam łzy i obmyłam twarz. Zaparzyłam kawę i jakby nic się nie stało wyszłam na zewnątrz.
- Dzień dobry – powiedziałam do Petera, kiedy już byłam na tyle blisko aby mnie usłyszał. Zachowywał się trochę jak w transie układając kolejne kawałki drewna na pieńku. Ubrana w kurtkę oraz szalik wyglądałam śmiesznie przy nim, ubranym jedynie w spodnie i zmęczonym. Podeszłam bliżej i wyciągnęłam do niego kubek z czarną kawą. Był strasznie chudy, nawet jeśli widziałam zarys mięśni na jego brzuchu, to znacznie bardziej moją uwagę przykuły żebra, które mogłam z łatwością policzyć.
- Dziękuję – odpowiedział biorąc ode mnie kubek z parującym płynem. Oddychał ciężko, widziałam mięśnie napięte na jego ramionach. Był spocony od wysiłku jaki wykonał, o czym świadczyła sterta porąbanych kawałków drewna leżąca obok.
- Nie wiem jaką pijesz – zaznaczyłam nim upił łyk kawy. Zwykle o poranku się nie widywaliśmy przez ten miesiąc.
- Taka jest dobra – uśmiechnął się i usiadł na pieńku. Wydawał się speszony, jakbym przekroczyła jego bezpieczną strefę. Właściwie to sama czułam się jak intruz poruszając się po domu, który był nasz i to uczucie towarzyszyło mi od wyjścia ze szpitala.
- Mam dziś wizytę u lekarza – odezwałam się przestępując z nogi na nogę.
Zza płotu dobiegły nas głosy krzyczących dzieci i oboje uśmiechnęliśmy się szeroko. Czyżby i on pomyślał o tym, że niedługo i na tym, równo przyciętym trawniku będzie bawiło się nasze dziecko.
- Pamiętam – spojrzał na tarczę zegarka, który miał przypięty na swoim nadgarstku – Mamy jeszcze niecałą godzinę, ale to jest bardzo blisko – wyjaśnił, ale mimo to podniósł się z miejsca, w którym siedział.
- Wezmę prysznic i będę gotowy za dziesięć minut – odezwał się przechodząc obok – Dziękuję za kawę – dorzucił.
- Nie ma sprawy.
Był bardzo punktualny i pół godziny później siedzieliśmy już w poczekalni. Był jedynym mężczyzną w pomieszczeniu, a inne kobiety, niektóre w zaawansowanej ciąży uśmiechały się do niego porozumiewawczo. Kiedy pielęgniarka wyczytała moje imię i nazwisko podniosłam się z krzesła, na którym siedziałam. Peter się nie poruszył, poprzednim razem czekał tu na mnie.
- Może wejdziesz ze mną? – zapytałam odwracając się w jego stronę – Dziś zrobią USG – dodałam zachęcająco.
Był ojcem tego dziecka i nie mogłam odmawiać mu możliwości uczestniczenia w jego życiu. Nawet jeśli między nami nic nie toczyło się jako powinno, to jednak miał prawo też być przy tym badaniu. Moja propozycja go zaskoczyła, ale zerwał się z miejsca od razu, a kąciki jego ust podjechały nieco w górę. Idąc przed nim uśmiechałam się, miło było raz dla odmiany wywołać na jego twarzy uśmiech.
Lekarz dokładnie wyjaśnił nam jak będzie przebiegało całe badanie. Leżałam na fotelu, spoglądałam na Petera, któremu lekarz kazał usiąść obok. Od również był podekscytowany, wyciągnęłam do niego rękę, którą chwycił w swoje dwie dłonie. Miał zimną skórę i dość szorstką, był to zapewne skutek pracy fizycznej jaką wykonał tego ranka.
- No to zaczynamy – lekarz rozsmarował na moim brzuchu żel. Delikatnie przyłożył do niego aparat USG i włączył urządzenie. Nie byłam pewna czy to ja zacisnęłam rękę, czy był to Peter, ale teraz nasz uścisk stał się bardziej intensywny. Przełknęłam ślinę wpatrując się w ciemny ekran urządzenia, gdzie po chwili pojawił się niewyraźny obraz. Odgłos bijącego serca sprawił, że uśmiechnęłam się szeroko i spojrzałam na Petera, który również w tej chwili spojrzał na mnie.
- Wszystko wydaje się być w porządku. Dziecko rozwija się prawidłowo, bicie serca jest równomierne – głos lekarza sprawił, że przeniosłam na niego spojrzenie. Mężczyzna przyglądał się niewielkiemu dziecku widocznemu na ekranie. Taka nowina, po wczorajszym koszmarze była jak słońce wychodzące po burzy.
- Zaraz zapiszę film na płycie i wydrukuję zdjęcia – powiedział lekarz ścierając żel z mojego brzucha. Peter pomógł mi wstać i wtedy dopiero puścił moją dłoń. Usiedliśmy przy szklanym biurku, które dominowało nad przestrzenią w całym gabinecie. Lekarz wyjaśnił jak będzie przebiegał kolejny trymestr i umówił mnie na kolejną wizytę. Zapisał witaminy i wraz z receptą oraz płytą i zdjęciami wyszliśmy z gabinetu.
Miri nie żyje. Ta myśl przylgnęła do mnie i nie potrafiłam sobie z nią poradzić. Nawet podczas badania USG myślałam o swojej siostrze. Czy tak miało wyglądać moje życie? Ciągłe poczucie winy i czasem lekkie ataki paniki, kiedy nie mogłam poradzić sobie z tak prostą czynnością jak oddychanie. Czy właśnie taką miałam być matką? Czy to dziecko zasługiwało na takiego rodzica? Śmiechem przez łzy okazały się słowa pielęgniarki, która jeszcze podczas pobytu w szpitalu powiedziała mi, że przynajmniej będę pamiętać życie dziecka od narodzin. O ile gorsze byłoby obudzenie się w szpitalu nie tylko z mężem, którego nie poznaję, ale i dzieckiem. Ta myśl ratowała mnie w chwilach zwątpienia. Peter będzie świetnym ojcem i co do tego nie miałam wątpliwości. Nie wiedziałam jednak co zrobić z nami jako małżeństwem. Nie potrafiłam oszukiwać siebie oraz jego, że czuję coś więcej. Nie czułam. On nie był potworem, ale nie był kimś kogo kocham. Nie wiedziałam nawet czy go lubię, czy przypadkiem nie mylę tego uczucia z poczuciem winy wobec niego. On też to wiedział, nawet jeśli żadne z nas nic nie mówiło. Nie byłam jedną z tych, które czekały na księcia na białym koniu. Za to oboje czekaliśmy na cud, który miał się nie wydarzyć.
- Chcę wyjechać do Hamburga – powiedziałam kiedy już byliśmy na osiedlu, gdzie mieszkaliśmy – Na trochę. To pragnienie pojawiło się dokładnie w tej chwili i wiedziałam, że nie mógł mnie powstrzymać. W końcu tym razem miałam powód inny, niż ucieczka do świata który znałam. Oczywiście ta myśl, również pojawiła się w mojej głowie. Powrót do Hamburga, który był niczym ziemia obiecana.
- Dobrze – odpowiedział nie spoglądając nawet na mnie. Nie robił tego wcale podczas jazdy, właściwie wyglądało to jakby cały ten czas prowadził walkę sam ze sobą.
- Sama – odezwałam się ponownie zagryzając policzki od wewnątrz. Poczułam, że muszę to dodać, ale wiedziałam, że to zrozumiał. W końcu on miał tutaj treningi, a niebawem rozpoczynał sezon zimowy i podróż do Hamburga, nawet na jeden dzień, wywracał cały jego harmonogram do góry nogami.
- Dobrze – powtórzył i zacisnął dłonie na kierownicy, aż pobielały mu kłykcie.
Był tak cholernie poprawny. Nie stawiał własnych pragnień przed moje. Przecież musiał jakieś mieć. Jego bierność przy moich wyrzutach winy była niczym czerwona płachta na byka. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać i to zdaje się nie miało się zmienić. Czy wobec tego nadal powinniśmy być małżeństwem? Te wątpliwości pojawiły się kiedy skręcił na podjazd. Wówczas poczułam kopnięcie dziecka. Pierwsze. Czyżby to miało znaczyć, że ono chciało mieć pełną rodzinę? Na pewno na nią zasługiwało, jak również na rodziców, którzy walczą o siebie. My jednak nie walczyliśmy.

Wieczorem zawiózł mnie na lotnisko. Spakowałam się w szybkim tempie, nawet nie wiedziałam czy wzięłam wszystko co będzie mi potrzebne. Kiedy wywołano pasażerów lotu do Hamburga stanęłam przed nim. Spojrzał na mnie. Jego skóra była blada, a cienie pod oczami przerażająco sine. Kupił mi bilet w jedną stronę, tak jak poprosiłam. Czy bał się, że nie wrócę? Ja trochę się tego bałam.
- Do zobaczenia – zwykłe pożegnanie, ale oboje nie wiedzieliśmy jak się zachować. Peter był mistrzem markowania swoich uczuć i w tej chwili również tak się zachowywał. Jakby miał włącznik pozwalający mu to kontrolować, kiedy tylko chce.
Czy mogłam poprosić go żeby na mnie czekał?
Czy chciałam tego?
Czy on tego chciał?

Wiele pytań pojawiło się w mojej głowie, ale nie było już czasu. Ponownie z głośników wybrzmiało zaproszenie na pokład samolotu. Zacisnęłam dłoń na paszporcie i uśmiechnęłam się lekko. Zbliżyłam się o krok i pocałowałam go w policzek. Szybko i niedbale. Nim odeszłam zobaczyłam jego uśmiech, choć smutny, to jednak uśmiech. Czy poczuł, że zrobiłam to z litości? Czy poczuł w tym pragnienie walki o to co on pamiętał, a ja nie?
***
Moi drodzy oto i szósty rozdział. Jak zwykle dziękuję za komentarze, to chyba moje ulubione zajęcie czytać wasze przemyślenia. Co do powyższego rozdziału to nie jest on jednym z dłuższych, ale nie chciałam napychać go niepotrzebnymi rzeczami. W zasadzie mam już od dawna wypunktowane co w poszczególnym rozdziale chcę zawrzeć. Jak to wyjdzie na końcu, to już pozostawię wam do oceny.
Mamy marzec, spadł śnieg. Dostaję depresji pogodowej. Czy wy też tak macie?
Pozdrawiam i do napisania.

11 komentarzy:

  1. Kocham to opowiadanie♥ Jestem pod wrażeniem, nawet komentarza napisać nie umiem:) Pero, trzymaj się♡ Będzie dobrze, musi być;)
    Pozdrawiam S.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudnie jak zawsze!
    Cały czas nie mogę się doczekać jakiś oznak odzyskiwania pamięci przez Alicię. Strasznie szkoda mi Petera, bo on okropnie cierpi. Kocha ją, kocha swoje dziecko i chce po prostu odzyskać rodzinę. Choć zgadzam się z tym, że jest zbyt bierny i być może kieruje się rozsądkiem, by nie naciskać to jednak musi o nią zawalczyć. Musi jej pokazać, jakie uczucie ich do tej pory łączyło. Sama tego nie odkryje, a przecież musi się teraz zakochać na nowo. Cały czas mam nadzieję, że wizyta w Hamburgu będzie przełomowa.
    Nie pisałam tego wcześniej, ale uwielbiam piosenkę do tego opowiadania bo AM to jeden z moich ulubionych zespołów. Kocham <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, uwielbiam to opowiadanie zdecydowanie ;) Czekalam i czekalam az cos dodasz i sie nie zawiodlam :) Czekam na kolejne rozdzialy.
    Co do pogody... lubie snieg, ale nie w nadmiarze. Chcialabym zeby juz nieco wyszlo slonce mimo to, ze nie moge sie opalac i czapke zimowa zamienie na kapelusz. Ale zdecydowanie slonce dodaje checi do zycia i wprowadza nieco radosci, wiec podzielam twoja pogodowa depresje. Oby do wiosny! Pozdrawiam. A. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A więc Hamburg... Tak czułam! :D mam teraz taką rozkminę czy Alicia w ogóle odzyska pamięć i jeśli tak to kiedy :o podczas wyjazdu, a może podczas porodu :o z niecierpliwością będę więc czekać na kolejne :D pozdrawiam ;*
    A.

    OdpowiedzUsuń
  5. Boże! Jak ja na ten rozdział czekałam :3 Było warto jak zawsze, gdyż jest genialny *.* Wierzę, że połączy ich ze sobą jeszcze silne uczucie, ale Peter musi walczyć, musi pokazać, że ją kocha, że nie trwa przy jej boku tylko dla dziecka :) Mam nadzieję, że wróci z tego Hamburga i może ten wyjazd pomoże jej i coś jednak jej się przypomni, albo coś się wydarzy i dzięki temj zda sb sprawę z tefo, że go kocha <3 Urywek o całusie w policzek wzruszył mnie odrobinkę, bo choć to tak niewiele to jednak już jakaś bliskość *.*
    Pozdrawiam i weny ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Pocałunek w policzek sprawił, że łzy stanęły mi w oczach. Tak bardzo szkoda mi Petera, na pewno mocno kocha Alicię, jednak być może faktycznie do tej pory był za bardzo zachowawczy. Liczę, że wyjazd Alicii do Hamburga odmieni relację z Peterem. Trzymam za nich kciuki, tak samo jak za taką świetną wenę w kolejnych rozdziałach :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Peter rąbiący drewno mnie rozbawił. Wyobraziłam sobie to "chuchro", siekiera trzymana przez patyczki a nie ręce. Ok, nie powinnam się śmiać, przy jego aktywności fizycznej i tylu ćwiczeniach również wysiłkowych rąbanie drewna to dla niego pewnie pikuś :)
    Alicja robi małe kroczki, zrobienie kawy, zaproszenie męża do gabinetu, trzymanie go za ręce, buziak na pożegnanie. Tylko błagam, niech oni nie robią czegoś dla drugiej połówki z litości. Samo czytanie o takiej opcji rani mi serducho.
    Mam jedno pytanie. W którym tygodniu ciąży jest Alicja? Jeśli to same początki a ona ma jeszcze płaski brzuch to chyba za wcześnie na kopnięcie dziecka? Nie wiem, w ciąży nie byłam ale zawsze wydawało mi się, że dziecko zaczyna kopać gdy mama może już się chwalić większym brzuchem.
    Zastanawiam się co wydarzy się na jej wyjeździe, stwierdzi, że tak jest łatwiej i zechce zostać a Peter przyjedzie po nią i siłą przywiezie ją do domu? Albo na wyjeździe zacznie sobie coś przypominać? Albo po prostu zatęskni za Słowenią?
    Czekam na więcej :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Trudno mi ubrać w słowa to co czuję po przeczytaniu tego rozdziału. Najpierw ten piękny moment, kiedy poszli razem na USG i zobaczyli swoje dziecko, a później rozmowa o wyjeździe Alicii. Och, wydaje mi się, że jeszcze trochę czasu minie, nim wszystko wróci u nich do jako takiej normy. Peter wykazuje się ogromną wyrozumiałością, dobrze, że na nic nie naciska, bo w ich przypadku potrzebny jest czas. Może nastąpi jakieś przełom i Alicia przypomni sobie wszystko?
    Czekam, aż poznamy dalsze losy bohaterów.
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  9. Przepraszam, że dopiero dziś pojawiam się z komentarzem. Jest mi bardzo przykro, ale od dziś postaram się być jak najbardziej na bieżąco. To opowiadanie na prawdę zgarnęło moje serce. Jego tematyka jest bardzo oryginalna o raz o skoczku, który chyba skrywa w sobie najwięcej tajemnicy ze składu całego Pś.
    Widać, że Alicia czuje się zagubiona w otoczeniu, jakie do momentu utraty pamięci było jej domem. Stara się jednak nie ranić Petera, a to, że pozwoliła mu na obecność przy badaniu jest bardzo słodkie.
    Mam nadzieje, że w Hamburgu przemyśli sobie wszystko, a uczucie do Prevca wróci.
    Czekam na następny ! Weny i buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń
  10. Jestem! Strasznie przepraszam, że dopiero teraz, ale skleroza nie boli, a w połączeniu z górą książek i szkolnych obowiązków to naprawdę mieszanka wybuchowa.
    Cudowny rozdział *.* Ja nie wiem, jak ty to robisz, naprawdę, ale wpadam do ciebie za każdym razem z ogromną przyjemnością. Ślicznie piszesz, więc czego chcieć więcej?
    Alicia trochę czuje się chyba niepewnie, jest lekko zagubiona w otoczeniu, w tym wszystkim dookoła, ale mam nadzieję, że powoli jakoś im się będzie układać. Jestem pod wrażeniem postawy Petera, że nie naciska, tylko jest wyrozumiały i ma sporo cierpliwości. Oby niedługo nastąpił jakiś przełom w sprawie naszej bohaterki. W końcu teraz ma dla kogo żyć podwójnie.
    Czekam!
    Buziaki :**
    PS. I zapraszam na nowość, jeśli masz ochotę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Małymi kroczkami do celu... To boli Petera, Alice, mnie. Dlaczego mnie? Czuję się mocno przywiązana do tych bohaterów i sama osobiście wczuwam się w ich sytuację. Wyobrażam sobie, co czuje Peter i jest mi go żal. Nie dość, że musi być wyrozumiały, musi zachowywać dystans, a w nim pewnie gejzer złości buzuje. Nie złości do Alice, ale złości do losu, któremu ma za złe wypadek żony. Serce mi się kraja, czytając o cierpieniu Prevca, które próbuje ukryć pod maską obojętności. Mimo, że Alice również cierpi, jej krzywda boli mnie mniej.
    Może sytuacja zmieni tor biegu, kiedy Alice pokocha ich dziecko całym sercem i poczuje, że to właśnie Peter jest ojcem?
    Czekam na 7! :)

    OdpowiedzUsuń